Przetłumacz stronę

   

Nasza galeria

Spławikowe Mistrzostwa Koła Gdynia Port

Spławikowe Mistrzostwa Koła Gdynia Port

Data: 2009-04-18

WSPÓŁPRACUJEMY i POLECAMY


 
 
 
 

 
 
 
 

Logowanie






Hasło?
Konto? Zarejestruj się!
Wszystkie strony o wędkarstwie
Wakacyjne wspomnienie Drukuj Wyślij znajomemu
Redaktor: Sylwek   
07.09.2009.
           Te wakacje zacząłem ….w sierpniu zeszłego roku. To właśnie wtedy po raz pierwszy byłem na łowisku Pstrążnia pod Raciborzem i już wtedy wiedziałem, że tu wrócę… Lepiej przygotowany, z lepszą taktyką i większa wiedzą… I tak się stało. Cały rok oszczędzania, czytania specjalistycznej literatur, dokupywania sprzętu opłaciło się.

 

Lipiec tego roku spędziłem walcząc w trzech ciężkich turniejach szachowych klasy mistrzowskiej lub eliminacyjnej. Ostatni kończyłem 3-go sierpnia w Koszalinie, a już 5-tego o piątej rano, w po brzegi wyładowanym aucie, ruszyliśmy z tatą na Pstrążnie. 650 km przelecieliśmy „jak burza”, a dyskusje o technikach podcięć , sygnalizacji brań, czułości singerów i wyższości podów nad tripodami pochłonęły nas całkowicie. O 14.00 jesteśmy!!!! Tu gdzie przed rokiem zostawiłem marzenie o Wielkim Johansonie, gdzie obiecałem wrócić. Czasami marzenia się spełniają!


Przystępujemy do pracy – tata rozstawia obóz, ja pody, wędki, kołowrotki, maty i dziesiątki znanych tylko karpiarzom klamotów. Wreszcie marker wędruje na 70-ty metr. Jest dobrze widoczny, podskakuje na falach, jakby chciał pokazać gdzie jest ryba.
Pstrążnia to kilkuhektarowy zbiornik ze stawami podłowczymi pod Rybnikiem . Łowić można tylko z jednego brzegu, przez co ryba ma spokój i warunki do doskonałej egzystencji. Są tu głównie karpie i amury, ale miałem na wędce duże karasie, liny i  szczupaki. Karpie i amury często przekraczają 20 kg, a złowienie 10-kilowca nikomu nie imponuje. Na Pstrązni panuje atmosfera dużej ryby. Tu się przyjeżdża ustanawiać życiówki… lub spotkać Jonsona. Wszystkie złowione karpie i amury trafiają natychmiast z powrotem do wody, a sztuki poniżej 5 kg na okoliczne stawy. Gospodarzami łowiska są przesympatyczni Państwo Annę i Mariana Białeckich. Warunki panują tu surowe ( „karpiarskie”), ale gospodarze udostępniają zarówno wodę, jak i toaletę a także można otrzymać  ciepły posiłek w znajdującym się przy łowisku pawilonie.

My nie mamy na to czasu. W dnie przygotowujemy „karpiowa paszę”, potem  zanęcamy, wieczorem przerzucamy zestawy, poprawiamy przynęty, sprawdzamy sprzęt. Po trzech dniach ciszy, w tej atmosferze nie wypada nawet wspomnieć o maluchach typu kilogramowe karasie lub liny, czujemy się lekko znużeni. Ale brań nie ma nigdzie. Nawet Czesi, którzy zamienili swoje stanowisko w przystań wywozową zanęty, nie mają czym się pochwalić. Godzinami mówimy o tym co zrobimy jak weźmie, jaki jest podział ról lub jakie tu wyciągano ryby. I tylko o Wielkim Johansonie – karpiu marzenie, karpiu –wyzwanie mówi się ukradkiem, jak o czymś nierealnym. Podobno widziano go po raz ostatni 2 lata temu, ale wyciągnięto rok wcześniej…, że był pod drzewem, że znajomy widział…..Ale ja wiem, że się w końcu spotkamy, na pewno….


Po trzech dniach, późnym popołudniem obok nas pojawił się Pan Artur. Ma ok. 30 lat, jest wesoły i na nasze smutne:
- Nie biorą .
Stwierdził beztrosko:
- Ale kiedyś muszą zacząć. Zobaczymy.
Zaczyna wyciągać klamoty z samochodu i od razu poznałem, ze gość wie o co chodzi w tej zabawie. Podchodzę niepewnie i zagaduję. Okazał się super facetem Po 5 minutach gadamy jak starzy znajomi. Wypytuje mnie o techniki, zanęty, wyniki, dzieli się swoimi spostrzeżeniami, pozwala oglądać sprzęt. A jest co oglądać. Wieczorem i w nocy pan Artur wywozi zanętę pod drugi brzeg, zawsze w ten sam punkt, maleńkie zakole koło krzaka . Koło 23.00 nie wierzymy własnym uszom – dźwięk sygnalizatora obwieszcza pierwsze branie. Hol i dychacz ląduje koło nóg pana Artura. Po godzinie – to samo. Potem jakiś potwór wysnuwa żyłkę z zaciśniętego kołowrotka i stawia zwycięski opór w krzakach. Czary.
- Nie martw się – mówi pan Artur widząc moja minę – jutro połowimy razem.


Rano tata pojechał na zakupy do Rybnika, a my z panem Arturem bierzemy się za moje zestawy. Zmieniamy zestaw włosowy na d-rigę, zamiast kulek i pop-upów na włosie ląduje kukurydza na pływakach.
    - To świetna kukurydza, mój tata karmi nią gołębie – mówi pan Artur i wydaje mi się, że jest z tego dumny. Wreszcie całość wraz z 6 kg kukurydzy ląduje w pojemniku łódki.
-Tu sprawdza się znęcanie punktowe - wyjaśnia  mój nauczyciel i polewa zanętę odrobiną boostera.
Po paru minutach zanęta ląduje we skazanym przeze mnie miejscu, tuż pod trzcinami, tam gdzie rano widziałem cielsko olbrzymiego karpia. Teraz trzeba czekać. Jest cisza, słoneczny, parny ranek. Pan Artur krząta się wokół swoich wędek, taty nie ma , singery nieruchomo napinają żyłki karpiówek…I nagle…. słyszę pikanie sygnalizatora. Jest rytmiczne, swinger powoli obniża się, a ja wiem kto jest sprawca tego zamieszania. To amur, tylko one biorą w ten sposób. Zdecydowanym ruchem podcinam i  czuje, że siedzi. Jak na amura, hol jest spokojny, chyba go zaskoczyłem. Dopiero koło brzegu obudził się do walki, ale czujny pan Artur już trzymał podbierak pod nim. Po chwili śliczne 7,2 wspaniałego amura było w siatce podbieraka. Jest! Wyhaczanie, polewanie wodą, mierzenie, ważenie, wreszcie parę zdjęć i po 3-4 minutach cudo wraca do wody.


Zabieramy się za ponowne zanęcanie. Decyduję, że wywózka będzie w to samo miejsce, a zestaw nie ulegnie zmianie. Po chwili wędziska dumnie strzelają w niebo, napięte żyłki opierają się o swingery, bachledy przytrzymują żyłki przy dnie…Przyjeżdża tata i już z daleka mi gratuluje. Jestem naprawdę dumny. Łowimy tylko my z panem Arturem. Właśnie chcę tacie opowiedzieć jak to wszystko przebiegało, gdy łowisko rozdziera silny, ciągły dźwięk sygnalizator. Jest inny niż poprzedni, długi, jednostajny, gwałtowny. Wiem co to oznacza, to dla niego tu przyjechałem, to na niego czekałem tyle dni. Od mojej zdobyczy dzieli mnie twarde wędzisko, sto metrów żyłki, przypon i bezzadziorowy haczyk. Jeden błąd, chwila luzu i po zdobyczy zostanie wspomnienie. Jednym ruchem, ruchem który tyle razy widziałem w snach jednocześnie zamykam sprzęgło hamulca i długim, płynnym pociągnięciem podnoszę szczytówkę najwyżej jak mogę. Rozpędzona ryba wybiera pozostały luz na żyłce, napiera na wędkę, wygina ją i wyraźnie zwalnia pod siła hamulca. Siedzi! Teraz jak najdalej od trzcin. Z całej siły staram się uzyskać bezcenne 5 – 6 metrów, byle tylko nie zaczepiła się o zarosła. Udaje mi się to… i wtedy rozumiem, że nie wiem co dalej robić. Wędka wygięta w pałąk, żyłka napięta, ale nawet na centymetr nie zbliża mnie to do holu. Stoimy – ja z jednej strony, ryba z drugiej. Kątem oka widzę, ze tata … robi zdjęcia!  Koniec świata!


- Spokojnie, dasz radę, myśl – to głos pana Artura. Ale o czym tu myśleć. Boję się, że ryba mi spadnie. Próbuje nawinąć ją na kołowrotek. Bzdura. Kosztuje mnie to parę metrów wysnutej żyłki i niebezpieczne wyłożenie wędki do przodu. Wpadam w panikę. „Spadnie!!!” krzyczę w myślach i z całych sił ciągnę szczytówkę do góry.
- Dobrze, tak  trzymaj– słyszę spokojny głos pana Artura. Ku mojemu zdziwieniu ryba daje się powoli podciągać w moją stronę. Teraz już wiem – szczytówka lekko w przód  i z całych sił całą wędkę do tyłu, wprzód i do tyłu, byle nie za daleko w przód. Ręce bolą coraz bardziej i muszę odpoczywać. Na domiar zaczynają boleć plecy. Szukam oczami rybi i widzę zawirowania wody … w połowie drogi. To daleko, czuję się zmęczony.
- To twoja życiówki, synu – słyszę spokojny głos taty i rozumiem, że we mnie wierzy. Nie zawiodę. Do roboty. Powolnymi ruchami metr po metrze podciągam karpia do brzegu.
- Olbrzym - słyszę głos pana Artura i to wzbudza we mnie straszną euforię.
Nie dam go, za nic, nikomu go nie dam. Pracuję jak maszyna, góra trochę w dół., góra, trochę w dół i nagle… żyłka wysnuwa się z kołowrotka ze straszną szybkością. Koniec, wszystko stracone, spada…..


- Spokojnie, to tylko odjazd…. Nie przytrzymuj go, niech płynie – mówi pan Artur i po chwili rzeczywiście wszystko się uspokaja. Zaczynam pracę od nowa. Wreszcie, 20  metrów od brzegu pokazał się. Jest wielki, silny, jakby znudzony tym wszystkim przewala się z boku na bok. Ale ja wiem, że niebezpieczeństwo dopiero nadchodzi. Widziałem jak tata holował o wiele mniejszego karpia i co on robił koło brzegu. Pan Artur stoi z podbierakiem. Stara się nie wejść między mnie a rybę, a jednocześnie pozwolić mi sprawnie wciągnąć karpia do podbieraka. Pierwsza próba, może zbyt nieśmiała z mojej strony wyraźnie zdenerwowała rybę. Zakotłowała wodą. Przewaliła się przez żyłkę próbując zejść gwałtownie w dół. Ten numer znałem i napiętą żyłką poskromiłem pomysły potwora. Kilka następnych numerów zmroziło mi krew  w żyłach. Zaczęła się prawdziwa bitwa o podbierak. Aż wreszcie przy którejś z prób karp na chwilę „odpuścił” i wtedy ramiona olbrzymiego podbieraka objęły jego cielsko, a siatka unosząc się do góry odcięła go od wody. Był tak zaskoczony, że zamarł w bezruchu. Pan Artur sprawnym ruchem wypiął ramiona podbieraka ze styliska i zamknął je na karpiem.


 - Jest Twój, masz życiówkę – powiedział pan Artur  wręczając mi siatkę. Słyszę brawa, jestem wykończony i na trzęsących nogach obieram mojego karpia. O dziwo, nie mogę wyjąć go z wody, jest za ciężki….. Tata pomaga mi i razem zanosimy go na matę. Szybko wypinamy hak i przez chwile podziwiamy przepiękne zwierzę. Jest pełnołuski, olbrzymi, bez zadraśnięcia. Ktoś polewa go wodą i przenosimy na matę do ważenia. Ma 15,1 kg!!!
- No to masz problem, chłopie – mówi z uśmiechem Pan Artur, a ja nie bardzo rozumiem o co mu chodzi. Teraz długość – 94 cm! Jestem dumny jak paw. Trochę kłopotów miałem przy sesji zdjęciowej – nie mogłem utrzymać i objąć  tak dużej ryby. Po trzech minutach, czas wpuścić karpiona do wody. Niosę go w siatce podbieraka najdelikatniej jak mogę… tata podkłada matę na brzegu. Stąd powoli, natleniając mu skrzela zsuwam go do wody. To moje święte prawo. Tylko ja mogę zwrócić mu wolność! Jeszcze raz brawa a po chwili spokój i cisza, i w tej ciszy dociera do nie co się naprawdę wydążyło.
Potem były jeszcze dziesięciokilogramowe amury i szczupaki sześciokilowe, ale gdy stawałem wieczorami nad woda wydawało mi się, że tam po drugiej stronie, ktoś na mnie patrzy.
- Przyprowadź Johansona- szepczę w ciemność i wierzę, że jeżeli nie teraz, to w przyszłym roku to marzenie się spełni. Bo w przyszłym roku nadejdzie taki moment, że znów staniemy naprzeciw siebie, a dzielić nas będzie 100 m żyłki i woda Pstrążni.
    

Krzyś

 Zobacz zdjęcia moich okazów w galerii foto>>>kliknij tutaj<<<

ps. to jest moje wspomnienie lata...a Ty? Napisz o swoich połowach, pochwal się...wszyscy chętnie poczytamy...


Do ulubionych (18) | Zacytuj | Odsłon: 2681

Skomentuj
RSS komentarzy

Tylko zalogowan użytkownicy mogą komentować materiały .
Proszę zaloguj się lub zarejestruj.

Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6
AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com
All right reserved

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »